dziwne języki

Jestem slawistą. Artykuł będzie więc taki, jak moje wykształcenie – trochę nietypowy. Piszę go z najszczerszymi chęciami podzielenia się doświadczeniem. Z jednej strony może się to ocierać, o to, czym raczą nas współcześni „couchowie”. Jednak głęboko wierzę, że będzie on gatunkowo, jak najdalej od złotych myśli. O czym więc będzie? O językach.

Wybrałem nietypowo

Kiedy parę lat temu stanąłem przed wyborem studiów, pomyślałem, że jako humanista mam tylko jedną szansę na niezmarnowanie kilku lat edukacji i nauczenia się czegoś pożytecznego. I że są to języki. Zacząłem analizować. Wybór „popularnego” niemieckiego czy hiszpańskiego ustawi mnie w szeregu z milionami innych osób, które mówią w tych językach płynnie i bez trudu. Pragmatycznie rzecz biorąc, ani to nie zwiększa moich szans na rynku pracy, ani nie przyniesie mi satysfakcji (chwalenie się znajomością nudnego języka nie przyniesie nawet pięciu lajków na fejsie). Wybór padł na języki „nietypowe”, a wśród nich na slawistykę. Opanowałem czeski i słowacki, a oprócz tego całkiem sporo wiem o ich kulturze i historii.

Podstawową obawą przy nauce chorwackiego lub bułgarskiego jest myśl: gdzie ja znajdę pracę?”. I tu właśnie pojawia się największy plus i miłe zaskoczenie – pracy jest mnóstwo!

Jest mnóstwo pracy, a konkretnie?

Jeszcze na studiach, średnio 2-3 razy w tygodniu pojawiała się oferta dobrej pracy na stabilnych warunkach i pieniędzmi przekraczającymi grubo średnią krajową. Podstawowym wymaganiem była znajomość słowackiego/czeskiego na poziomie B2. Nie dość więc, że nie muszę się martwić o pracę, to jeszcze mogę pokręcić nosem i wybrać odpowiadającą mi branżę, bliskość firmy od mojego mieszkania i całą masę innych rzeczy.

Całkiem od niechcenia wybrałem się któregoś razu, studiując już w Rzeszowie, na targi pracy. Chciałem pozbierać długopisy, smycze i inne gadżety. Miałem już wracać, kiedy natknąłem się na stoisko reklamowe jednej z popularnych sieci budowlanych. Wiedziałem, że niedawno weszli na rynek czeski i słowacki. W ofercie nie było nic na temat pracy z językami, ale mimo to zwyczajnie o taką zapytałem. W efekcie 2 tygodnie później rozpocząłem pracę, i to w samej centrali firmy. Moje zadania ograniczały się na początku do pisania tekstów reklamowych na stronę, opisu produktów i generalnie quasi marketingu na stronie. Później dostawałem coraz bardziej poważne zadania. Teraz kontaktuję się z Czechami i Słowakami, którzy nie potrafią porozumieć się po polsku.

Nieraz ludzie naciskają na mnie mocniej, dopytując o konkretne branże, w których można pracować. A przecież odpowiedź na to pytanie jest jak rzeka – ciągnie się i nie ma końca. Slawistów szukają korporacje, firmy medyczne, biznesowe, logistyczne…

A co z angielskim?

Oczywiście, że angielski jest ważny. Będąc swego czasu na Erasmusie na Słowacji angielski był moim podstawowym językiem. Każde jedno wyjście na piwo wiązało się z koniecznością szlifowania angielskiego. Nie wspominając już o sytuacjach, kiedy człowieka naszła ochota nawiązać bliższą znajomość z tą czy inną koleżanką.

Nie bez kozery mówi się o angielskim jako „współczesnej łacinie”. Jest to uzasadnione, ale zatrzymywanie się na nim to moim zdaniem duże nieporozumienie. W gruncie rzeczy pracodawcy nie robi dużej różnicy, czy znasz język na poziomie C1 lub C2. Jeśli jesteś  zrozumiały i nie robisz błędów – wystarczy.

1 KOMENTARZ

Skomentuj

Skomentuj
Wprowadź swoje imię